Coraz części uświadamiam sobie, że chyba jestem już starsza niż młodsza. Pamiętam czasy, kiedy internet był tak drogi, że korzystało się z niego tylko w nocy w godzinach 22-6. Później był już ciut tańszy, ale nadal, kiedy ktoś korzystał z internetu nie można było się do niego dodzwonić. Śmieszne czasy. Teraz internet mamy na wyciągnięcie ręki w telefonie, w zegarku – w metrze, na wakacjach, nawet we własnym łóżku. Świat online rozwinął się niewyobrażalnie szybko, na co na pewno miała wpływ pandemia, kiedy ludzie de facto nie mieli wyboru i musieli z pewnymi rzeczami przenieść się do świata wirtualnego. 

Dzieci zaczęły uczyć się zdalnie, rozkwitnęły różnego rodzaju platformy takie jak Zoom czy Teams. Po jakimś czasie świat wrócił do jako takiej normalności, ale lekcje online zadomowiły się w naszym świecie na dobre – i nie mówię tutaj tylko o językach obcych, ale teraz można uczyć się w zasadzie wszystkiego na co mamy ochotę.

Jeśli chodzi o kursy online to mają one swoich zagorzałych przeciwników jak i zwolenników, osoby prowadzące kursy stacjonarne często zapierają się rękami i nogami, że „online to nie to samo”, zwolennicy lekcji/kursów online zwracają uwagę na ich elastyczność i dostępność.

Jak to tak naprawdę wygląda? Przyjrzyjmy się w tym wpisie zaletom kursu online z perspektywy przedszkolaka/ucznia w wieku wczesnoszkolnym (bo na pewno różni się ona od zajęć dla młodzieży czy osób dorosłych).

DYNAMIKA

Po pierwsze lekcje stacjonarne szczególnie w grupie przedszkolaków charakteryzują się bardzo dużą dynamiką. W naszej szkole językowej mamy maksymalnie 6 dzieci w grupach młodszych (często wraz z opiekunami) i jest to już duże pozytywne zamieszanie (jak to wygląda w grupach 10-12 osobowych? Nie mam pojęcia.). Podczas pisania mam przed oczami taką scenę: jedno z dzieci podrzuca poduszkę, drugie bawi się dywanem, trzecie właśnie zobaczyło nową pomoc na półce i koniecznie musi ją z niej ściągnąć, czwarte musi opowiedzieć o tym, co ciekawego wydarzyło się w zeszły weekend, piąte pokazuje swoje nowe buty, a szóste leży na plecach i turla się 🙂 

Nauczyciel, po krótkiej chwili niczym magik za dotknięciem czarodziejskiej różdżki sadza wszystkich na poduszkach w kole i zaczyna lekcję. To „pozytywne zamieszanie” wynikające z tego, że uczymy grupę aktywnych 3-6 latków a nie podporządkowanych naszym komendom robotów, towarzyszy nam przez całe zajęcia – momentami jest głośniej bo np. tupiemy udając afrykańskie słonie, biegamy w kółko, podrzucamy poduszkami. Dodatkowo dzieci chcą jak najszybciej udzielić odpowiedzi na pytanie nauczyciela – czasem się przekrzykują, bo każdy chce powtórzyć zdanie „I am having a shower” i użyć naszej słuchawki do prysznica (kto nie zna fenomenu naszej słuchawki do prysznica zapraszam na nasze lekcje: stacjonarne i online 🙂

Z drugiej strony biorąc pod uwagę lekcję online, przynajmniej w tym kształcie w jakim ją prowadzimy (czyli bez rozpraszaczy, wyskakujących gdzieś kolorowych misiów, dodatkowych aplikacji, głośnych dźwięków) jest tam dużo spokojniej –  jest lektor, różnego rodzaju przedmioty, karty obrazkowe, wyciskanie soku pomarańczowego lub przygotowywanie kanapki – ale nie ma interakcji z innymi dziećmi. Podczas lekcji stacjonarnej w tym wesołym zamieszaniu uczymy się zasad współdziałania w grupie, czekania na swoją kolej, cierpliwości i szacunku do innych. 

 

TERMINY ZAJĘĆ

Po drugie, mimo, że mamy wiele dostępnych terminów zajęć (plus soboty rano), często rodzice ze względu na swoją pracę i różne inne zobowiązania mogą przyjeżdżać do nas tylko w dni powszednie po godzinie 17:30 – dzieci są już po całym dniu w przedszkolu i żłobku i momentami są już dość zmęczone – dzień był pełen emocji, w przedszkolu był bal karnawałowy, może dzieci gorzej spały, są głodne, bo nie smakował im obiad i zjadły tylko zupę (samo życie). Nie ma co winić tych rodziców – wiemy jak bardzo się starają żeby dziecko uczyło się języka, chcą wykorzystać ten najbardziej chłonny okres – my za to stajemy na głowie żeby zajęcia były dla dzieci świetną zabawą, ale nie ma co ukrywać, że zdarzają się dni, kiedy widzimy, że Kasia czy Staś mają gorszy dzień, to normalne, wszyscy je mamy.

A jak to wygląda w przypadku lekcji online? Kiedy zaczęłam myśleć o stworzeniu kursu online dla dzieci moim priorytetem było nagranie lekcji, które rodzice mogą odtworzyć w dowolnym dla siebie czasie, żeby wyjść na przeciw tym rodzicom i dzieciom, którzy mają dużo na głowie – dlatego nasze lekcje mogą obejrzeć wtedy kiedy najbardziej im pasuje, kiedy dziecko jest wypoczęte i gotowe do nauki. W poniedziałek popołudniu albo w niedzielę rano.

 

MIEJSCE

Nie odkryję tutaj Ameryki –  lekcje stacjonarne wymagają od Ciebie żeby być w danym miejscu o określonej porze, a wiadomo jak to jest, szczególnie w mieście – korki, pośpiech, zepsuło się metro, tramwaj miał kolizję i nie kursuje. A często, nawet jeśli jesteście grubo przed czasem, pozostaje jeszcze loteria pod tytułem: ” Czy znajdę miejsce do parkowania pod szkołą czy znowu będziemy musieli biec spod Biedronki?”

Jeśli chodzi o kurs online możecie go odtworzyć w dowolnym dla siebie miejscu (u babci, na wakacjach). Nie ma tutaj żadnych ograniczeń.

 

Podsumowując nie można demonizować kursów online, bo dla wielu osób są one jedyną możliwością do nauki. Najważniejszy jest jednak (jak zresztą we wszystkim) zdrowy rozsądek – po 15/30 minutowej lekcji online musi nastąpić przerwa, kiedy dziecko spędzi czas z żywym człowiekiem a nie znowu przed ekranem komputera. Oczywiście to jest odpowiedzialność rodziców, żeby ten czas odpowiednio przygotować.

Z perspektywy mamy i nauczycielki języka angielskiego uważam, że kurs online może być również świetnym uzupełnieniem lekcji stacjonarnych (niektórzy nasi uczniowie często zapisują się w tym samym czasie na kurs stacjonarny i online – mają na to przestrzeń) i pozwala ugruntować wiedzę, ale zachęcam rodziców do zdroworozsądkowego podejścia do nowoczesnych technologii i nie przekładania jej nad kontakt z żywym człowiekiem.