Nie mam zbyt wiele czasu na obserwowanie mediów społecznościowych i śledzenie profili innych osób, ale jeśli tylko mi się zdarzy znaleźć chwilę wolnego czasu (swoją drogą poczekalnia u lekarza NFZ jest genialnym miejscem na odświeżenie swojej internetowej wiedzy) to jedno co mnie uderza na wielu profilach osób, które zajmują się uczeniem języka angielskiego bardzo małych dzieci (i szkoleniem nauczycieli) to… ciągłe mówienie o kolorach.
Prezentowane są nowe materiały dla nauczycieli a tam co? Kolory. Często odmienione przez 158 przypadków – kolorowe misie na Dzień Misia, kolorowe szaliki i rękawiczki na zimę, kolorowe kwiatki na wiosnę, kolorowe lody na lato – kolory, kolory, kolory.
Oczywiście to tylko przykład, ogólnie zakres słownictwa proponowany na wielu nauczycielskich grupach czy forach nie wychodzi poza kolory, zwierzątka wiejskie i podstawowe części ciała.
Tymczasem dzieci to naprawdę wspaniałe i inteligentne istotki, które często przychodzą na zajęcia popołudniowe już z podstawową znajomością języka angielskiego – kolory wiodą tutaj prym :-). Swoją drogą to wspaniałe, że rodzice mają przestrzeń na to żeby uczyć dzieci w domu – brawo Wy!
Dlatego też my jako nauczyciele nie możemy patrzeć na świat, tak jak było to 20-30 lat temu. Kiedy ja byłam w zerówce przedszkolnej żadne z dzieci w mojej grupie nie znało nawet pojedynczego słówka w języku angielskim. Dziś wygląda to zupełnie inaczej – dzieci przychodzące na zajęcia mają często bardzo świadomych rodziców, którzy przemycają im angielskie słówka i zwroty w codziennych zabawach, czytają im angielskie książeczki (swoją drogą to dlatego u nas w szkole funkcjonuje biblioteka angielskich książek żeby ułatwić takie działania rodzicom) czy podsuwają angielskie kreskówki (te jak już pewnie wiecie polecam w przypadku starszych dzieci, przedszkolaków i to też pod pewnymi warunkami).
My jako nauczyciele powinniśmy wykorzystać wrodzony potencjał dzieci i dostosować się do obecnej sytuacji, a nie tkwić w tym jak my byliśmy kiedyś uczeni wiele dekad temu i serwować naszym małym uczniom coraz to bardziej zaawansowane treści (oczywiście wszystko w granicach rozsądku). Dzieci 3-4 letnie są gotowe żeby budować proste zdania („I want water”) i żeby poznawać więcej przydatnego, codziennego słownictwa. Uczmy je więc przeciwieństw (doskonałe jest do tego rymowanka „This is big, big, big”), prepositions of place („on my hand/in my hand/under my hand”), czasowników związanych z codzienną rutyną („ I am washing my face”).
Powtarzajmy z głową, bo jak wiemy utrwalanie materiału jest bardzo ważne, dzieci zapamiętują z prędkością światła, ale żeby ta nowa wiedza została z nimi na trwałe musimy ją regularnie powtarzać. Skupiajmy się na nowych, bardziej zaawansowanych treściach wprowadzajmy je, kiedy dzieci są maksymalnie skupione, a kolory, wiejskie zwierzątka czy inne rzeczy, które już kiedyś wprowadziliśmy zostawmy na ten mniej produktywny czas lekcji, kiedy np. dzieci potrzebują trochę ruchu to wtedy wysypmy kolorowe piłki z pudełka i pozwólmy im pozbierać je z powrotem, zwracając właśnie uwagę na odpowiedni kolor.